• Wpisów:28
  • Średnio co: 64 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 14:34
  • Licznik odwiedzin:5 440 / 1873 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Już od ponad dwóch godzin siedziałam u Moniki. Zdążyłam jej przeczytać trzy bajki i właśnie otwierałam jedną z dwóch gier, które przyniosłam z domu, kiedy usłyszałam, że za moimi plecami otwierają się drzwi. Pomyślałam, że to pielęgniarka albo ktoś, kto przyszedł w odwiedziny do dziewczynki leżącej w tej samej sali co Monika, i zaczęłam rozstawiać na planszy pionki w kształcie żabek.
I wtedy usłyszałam jego głos. Brzmiał nieco inaczej, niż go zapamiętałam z wczorajszego czytania Cummingsa, ale był równie męski i ciepły.
- Cześć, dziewczyny.
Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Eryka. Musiałam wyglądać na bardzo zaskoczoną, ponieważ od razu zaczął się tłumaczyć.
- Zadzwoniłem, żeby się dowiedzieć, jak się czujesz, i twoja mama poinformowała mnie, że jesteś w szpitalu.
- Aha - rzuciłam. Ale to, co powiedział, nie tłumaczyło jeszcze, dlaczego uznał, że on również powinien się tu pojawić.
Moja mama nieraz mawiała, że należę do osób, których myśli można łatwo odczytać z twarzy. Ona z pewnością potrafiła to robić i muszę przyznać, że czasami bardzo mi to przeszkadzało. Sądziłam jednak, że nie dzieje się tak dlatego, iż moja twarz jest bardziej sugestywna niż twarze innych ludzi, lecz po prostu dlatego, że matka jako psychoterapeutka widzi więcej niż inni.
Tego dnia po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może jednak chodzi o moją twarz, i postanowiłam w przyszłości starać się panować nad jej wyrazem.
Byłam pewna, że Eryk wiedział, o czym myślę, gdy po chwili dodał:
- No i twoja mama wspomniała jeszcze, że Monika pytała o mnie.
Zastanawiałam się, czy nie wymyślił sobie tego na poczekaniu, ale kiedy spojrzałam pytająco ma siostrę, ta pokiwała głową, po czym zwróciła się do Eryka:
- Pytałam mamę, czy ty też mnie odwiedzisz.
- No pewnie - powiedział. - I zobacz, co ci przyniosłem.
Kiedy popatrzyłam na Monikę, doszłam do wniosku, że nietrzymanie własnych myśli musi być u nas rodzinne. Gdy zobaczyła prezent, komplet mazaków, jej twarz wyrażała takie rozczarowanie, że aż zrobiło mi się za nią wstyd.
Eryk roześmiał się.
- Myślisz pewnie, że to są takie zwykłe mazaki.
- A nie są?
- Pewnie, że nie.
Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi; według mnie, były to najzwyklejsze mazaki na świecie, z tych trochę grubiej piszących. Ale oczy mojej siostry rozbłysły z zaciekawienia.
- Wiesz, do czego one służą? - spytał Eryk.
Moja siostra pokręciła głową.
- Podoba ci się ten biały gips? - Wskazał na jej zawieszoną na wyciągu nogę. - Nudny, prawda?
- Już wiem! - zawołała Monika. - To są mazaki do malowania na gipsie!
- Właśnie.
- Namalujesz mi coś? - zapytała zachwycona.
- Pewnie. Po to jest tu przyniosłem. Co byś chciała?
- A co umiesz namalować?
- Chińskiego smoka.
- Chińskiego smoka, mówisz…? No to niech będzie chiński smok - powiedział i zaczął wyjmować mazaki z opakowania.

#
Wiem, że wczoraj miałam dodać kolejny rozdział, ale nie dałam rady : x Przepraszam was miśki ;33 Jak wam się podoba akcja? : D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek uśmiechałam się w ten sposób, kiedy myślałam o swoim chłopaku. Bardzo lubiłam Miłosza, znaliśmy się od trzech lat i nawet nie potrafiłabym dokładnie uchwycić tego momentu, kiedy staliśmy się parą. Wydaje mi się, że to inni zaczęli widzieć w nas parę, a my po prostu zaakceptowaliśmy ten stan rzeczy. Nigdy jednak nie oszukiwałam ani siebie, ani jego, że jestem w nim zakochana, i wiedziałam, że Miłosz nie będzie tym jedynym w moim życiu.
Wierzyłam, że miłość to coś więcej niż tylko kogoś bardzo lubić i spędzać miło czas w jego towarzystwie. Teraz, stojąc przed lustrem, czułam mgliście przedsmak tego, czym może być.
Tylko że ja nie mogłam sobie pozwolić na to uczucie. Musiałam zdusić je w zarodku.
Wczorajszy dzień był szczególny. Po tym, co przeżyłam po ciągnących się w nieskończoność minutach lęku o życie Moniki, miałam prawo reagować dziwnie, ale to było wczoraj. Dzisiaj sytuacja wróciła do normy i nie powinnam się uśmiechać na myśl o Eryku, nakazałam sobie i kiedy tym razem popatrzyłam w lustro, na mojej twarzy nie było już śladu rozmarzenia.
I nie powinnaś tak czule dotykać tej książki, skarciłam się w duchu, po czym cisnęłam biednym Cummingsem tak gwałtownie, że serce podskoczyło mi w piersi ze strachu, że zniszczyłam mój ukochany stary tomik.
Eryk był chłopakiem mojej najlepszej przyjaciółki i nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby myśleć i nim inaczej. Owszem, miałam prawo go lubić; to nawet dobrze, jeśli lubimy partnerów swoich przyjaciół, ale na tym koniec.
Poszłam do łazienki, żeby się wreszcie porządnie wykąpać. Kiedy woda leciała do wanny, próbowałam myśleć o różnych rzeczach - o tym, że wieczorem spotkam się z Miłoszem i jak zwykle w sobotę, pójdziemy do kina, o tym, że powinnam wziąć ze sobą do szpitala kilka książek z pokoju Moniki, żeby mieć jej co czytać, i o tym, że to dziwne, że Natalka znalazła sobie chłopaka, który czytuje Cummingsa, skoro ona nie znosiła poezji.
Kiedy złapałam się na tym, że moje myśli znowu zawędrowały do Eryka, postanowiłam wejść do wanny i nie myśleć w ogóle o niczym. Wsadziłam jedną nogę i natychmiast ją cofnęłam. Woda była potwornie gorąca. Co gorsza, wanna była pełna, więc żeby dolać zimnej, należało spuścić trochę tego ukropu. Ale żeby to zrobić, trzeba było wsadzić do niego rękę i wyjąć zatyczkę, a na to nie miałam najmniejszej ochoty.
Postanowiłam poczekać trochę, aż wystygnie, i wróciłam do swojego pokoju.
I co zrobiłam, kiedy się w nim znalazłam? Wzięłam do ręki tomik wierszy. Zastanawiałam się, czy nie postawić go na półce, żeby przynajmniej na jakiś czas uniknąć niepożądanych skojarzeń, ale nie mogłam się na to zdobyć.
Zresztą niby dlaczego miałabym to zrobić, pomyślałam. To bez sensu, żeby mieć Bogu ducha winny Cummings wylądował na półce tylko dlatego, że przypadkiem chłopak mojej przyjaciółki też lubi jego wiersze.
Kiedy odkładałam książkę na nocny stolik, uświadomiłam sobie, że przecież Nati nie wie jeszcze, co stało się poprzedniego dnia, chyba, że Eryk zadzwonił do niej dzisiaj i o wszystkich opowiedział. Nie przypuszczałam, żeby telefonował do niej wczoraj po wyjściu ode mnie; było już zbyt późno.
Nie zastanawiając się, chwyciłam za słuchawkę i wybrałam jej numer. Dopiero po czwartym sygnale przypomniałam sobie, że Nati nie ma w domu. Miała w czasie weekendu wyjechać z rodzicami w góry na narty.
Wróciłam do łazienki, zacisnęłam zęby i wsadziłam rękę do ukropu, żeby wyjąć zatyczkę.

#
OPS *.* Dziś taki dłuższy rozdział, ponieważ wcześniej jakieś krótkie były z powodu mojego złego samopoczucia ;-; Ale już jest lepiej : 33 Może jeszcze dzisiaj wieczorem dodam coś, ale nic nie obiecuję :c W każdym razie postaram się : )))
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Pamiętam, że czytał jeszcze wiersz "Jeśli są jakieś nieba" i "Godziny wznoszą się". Zasnęłam chyba w połowie tego drugiego.
Kiedy przebudziłam się rano, na nocnym stoliku paliła się lampka. Eryk musiał ją zapalić, zanim wyszedł z mojego pokoju.
Przypomniałam sobie jego głos i zrobiło mi się tak przyjemnie, że uśmiechnęłam się, przykryłam głowę kołdrą i już prawie zasypiałam, kiedy przed oczami stanął mi wczorajszy wieczór - wypadek, szpital, lęk o życie siostry.
Obudził się we mnie niepokój o Monikę. Zerwałam się i pobiegłam do sypialni rodziców. Miałam nadzieję, że przynajmniej jedno z nich wróciło do domu, gdy spałam. Ich łóżko było jednak pościelone.
Szłam właśnie po telefon, kiedy usłyszałam zajeżdżający przed dom samochód. Podbiegłam do frontowego okna i wyjrzałam na zewnątrz. Zanim zdążyłam cokolwiek zobaczyć, znikł w garażu.
Dwie minuty później matka i ojciec byli już w domu. Oboje wyglądali na zmęczonych, lecz uśmiechali się.
Odetchnęłam z ulgą.
- Jak ona się czuje?
- Dobrze - odparła mama.
- Nie wiem nawet, czy nie za dobrze - dodał ojciec. - Roznosi szpital w szwach.
Znając moją siostrę, wiedziałam, że tata przesadza tylko trochę.
- Cała, Monika - powiedziałam i roześmiałam się, po czym podeszłam do niego i przywitałam się. Nie widzieliśmy się od trzech dni.
- A ty? - Mama przejrzała mi się. - Martwiłam się o ciebie. Wczoraj w szpitalu nie wyglądałaś najlepiej.
- Ale, tak jak mi kazałaś, zjadłam kolację i położyłam się spać, a wcześniej łyknęłam tę cholerną aspirynę… nawet dwie cholerne aspiryny i teraz czuję się świetnie.
Ojciec popatrzył na mnie trochę zgorszony moim językiem, ale widząc, że ja i mama mrugamy do siebie porozumiewawczo, machnął ręką.
Zjedliśmy razem śniadanie, a potem ustaliliśmy, że rodzice się prześpią, a ja w tym czasie pojadę do szpitala do Moniki.
Wróciłam do swojego pokoju i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to tomik wierszy Cummingsa. Był taki sam, leżał na nocnym stoliku, w tym samym miejscu co zawsze, a jednak wydawał mi się jakiś inny. Wzięłam go do ręki i trzymałam przez chwilę. Otworzyłam go na chybił trafił i, oczywiście, trafiłam na "Jechała moja miłość…". Nic dziwnego - tak często czytałam ten wiersz, że książka zawsze otwierała się w tym miejscu.
Przypomniałam sobie głos Eryka, męski, a jednocześnie miękki i ciepły, i uśmiechnęłam się. Stałam akurat na wprost lustra i zauważyłam ten uśmiech. I w ogóle mi się nie spodobał. Za dużo w nim było rozmarzenia, za dużo jakiejś nieokreślonej tęsknoty.
 

 
Wymyłam tylko zęby i spłukałam wodą twarz - na prysznic nie miałam już siły. Zdjęłam ubranie i rzuciwszy je byle jak na podłogę w łazience, włożyłam starą piżamę w misie, z rękawami powyciąganymi tak bardzo, że przykrywały całe dłonie. Miałam kilka innych, nowszych i pewnie ładniejszych, lecz tę lubiłam najbardziej. Żałowałam, że nie wzięłam z pokoju szlafroka.
Miałam nadzieję, że zdążę go włożyć, zanim Eryk wyjdzie z kuchni, ale kiedy przyszłam do swojego pokoju, on już tam był.
Siedział na fotelu przy moim łóżku. W ręku trzymał sfatygowany, oprawiony w skórę tomik wierszy Edwarda Estlina Cummingsa. Dostałam go przed dwoma laty na gwiazdkę od dziadka, który wypatrzył go w jakimś antykwariacie. Leżał zawsze na nocnym stoliku. Zdarzało się, że nie zaglądałam do niego przez kilka tygodni, ale nigdy nie odkładałam go na półkę; chciałam go zawsze mieć pod ręką.
- Ja też go lubię - powiedział, unosząc książkę.
Byłam skrępowana. Wstydziłam się, że Eryk widzi mnie w powyciąganej piżamie. Poczułam się również dziwnie ze świadomością, że dotyka mojego Cummingsa. Od pół roku miałam chłopaka, Miłosza. Przychodził do mnie czasami. Siadywał w tym samym fotelu, który teraz zajmował Eryka, nigdy jeszcze nie widziałam, żeby sięgał po tę książkę.
- Wiesz, nie chcę cię wyganiać - odezwałam się nieśmiało, sięgając po leżący na łóżku szlafrok - ale oczy same mi się zamykają.
-,- Miałem dopilnować, żebyś się położyła.
- No i zrobiłeś to.
- Nie widzę, żebyś leżała.
- Nie czepiaj się szczegółów. Odprowadzę cię do drzwi i wrócę do łóżka.
- Sam do nich trafię. Kiedy je otwierałem, zwróciłem uwagę, że macie taki sam zamek jak my - powiedział. - Wystarczy, że zatrzasnę je od zewnątrz.
Nie miałam siły się z nim spierać, wsunęłam się więc pod kołdrę i przykryłam po samą brodę.
- Mam ci poczytać na dobranoc? - zapytał.
Myślałam, że żartuje, ale po chwili słyszałam już jego głos.
Czytał "Jechała moja miłość a cała w zieleni", mój ulubiony wiersz, i to dokładnie tak, jak ja bym to zrobiła, gdybym się kiedykolwiek odważyła czytać głośno poezję. W tych samych miejscach zawieszał głos, akcentował te same słowa.
Kiedyś śmiałam się z dziewcząt, które mówiły, że zakochały się w oczach jakiegoś chłopaka albo w jego ustach. Teraz już się nie śmieję.
Ja zakochałam się w głosie Eryka.

#
Jak wam wakacje mijają? Mi superowo ^.^
Zapraszam do komentowania ;33
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Kiedy zabraliśmy się za kanapki, okazało się, że straciłam apetyt. Miałam coraz mocniejsze dreszcze, piekły mnie oczy i bolała głowa. Drugą kanapkę jadłam już na siłę. Podniosłam z talerza trzecią, ale ją odłożyłam.
Eryk zauważył to i przyjrzał mi się uważnie.
- Nie czujesz się dobrze, prawda?
- Nie najlepiej, ale to nic takiego. Wyśpię się i jutro nic mi nie będzie.
- Twoja mama mówiła, żebyś wzięła aspirynę.
W szpitalu jej nadmierna troskliwość trochę mnie zirytowała, teraz nie miałam jej tego za złe. Czułam, że aspiryna bardzo mi się przyda.
Czekając, aż Eryk zje swoje kanapki, zasypiałam prawie przy stole. Mówił coś, ale niewiele z tego do mnie docierało.
- Chyba trzeba pousuwać ślady - powiedział, gdy skończył.
- Ślady? - Rozejrzałam się trochę nieprzytomnie po kuchni. - Jakie ślady?
- No, skoro tak starannie fabrykowałaś dowody na to, że jedliśmy ravioli, to trzeba jeszcze usunąć ślady po kanapkach.
- Ach, wszystko mi jedno - rzuciłam, machając ręką. - Padam z nóg.
- Widzę. Masz okropnie rozpaloną twarz. - Podszedł do mnie i przyłożył dłoń do mojego policzka.
W tym momencie nie widziałam nic złego w tym, że robi to chłopak mojej przyjaciółki. Później, kiedy przypomniałam sobie tę chwilę, widziałam to zupełnie inaczej, ale wtedy czułam tylko przyjemny dotyk na rozgrzanej twarzy.
- Wiesz co, idź się połóż, a ja zajmę się usuwaniem śladów.
- Eryk, naprawdę nie musisz tego robić. Powinieneś już jechać do domu. - Stałam koło okna, odwróciłam się i spojrzałam za szybę. Na dworze wciąż prószył śnieg. - Cały czas pada. Drogi są pewnie zasypane.
- Nie przejmuj się, poradzę sobie. Kładź się, a ja sprzątnę tu trochę i przyjdę do ciebie.
Chciałam go jeszcze przekonywać, ale on już wkładał do lodówki słoik z masłem orzechowym i galaretką.
- Mój pokój jest na końcu korytarza po prawej - powiedziałam, wychodząc z kuchni.
- W porządku, znajdę cię.

#
I jak wam się podoba? : ))) Poszłam jednak ednak na festyn. Brzuch trochę mnie bolał, ale starałam się o tym nie myśleć i nawet mi to wychodziło *.*
  • awatar rappeler: fajne , wciąga ;P
  • awatar Panna15: genialne! :3
  • awatar ναηηιℓℓα●̪●: Nie, nie :) Wszystko się zgadza po prostu Oliwia napisała książkę o prawdziwej historii, która się jej przydarzyła i teraz jej przyjaciółka to czyta, a Oliwia pozmieniała ich imiona ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
- Nie wiem, jak ty, ale ja napiłabym się czegoś ciepłego.
- Ja też.
- Herbaty?
Moja mama jest nie tylko świetna w odmrażaniu gotowych potraw, równie dobra jest w kupowaniu herbat. Na herbaty w naszej kuchni jest przeznaczona cała szafka.
- Może być - rzucił Eryk.
- Możesz sobie zażyczyć herbaty o dowolnym smaku - oznajmiłam.
- Cytrynowa?
- Nie jesteś zbyt pomysłowy. No, wytęż trochę wyobraźnię i wymyśl coś bardziej niecodziennego. Mogę się założyć, że cokolwiek wymyślisz, będzie w tej szafce.
Eryk zastanawiał się przez chwilę.
- Już wiem! Cytrynowo-jabłkowa. I co, przegrałabyś zakład?
Prychnęłam z pogardą, wyjmując z szafki herbatę z jabłkiem i laskami cynamonu na opakowaniu.
- Próbuj dalej - powiedziałam.
Tym razem namyślał się trochę dłużej.
- Śliwkowo-imbirowa - rzucił.
- Zupełnie brak ci fantazji - powiedziałam, pokazując mu puszkę z napisem 'Zielona herbata o smaku śliwkowo-imbirowym"
- Tak uważasz? - zapytał zaczepnym tonem. - No to poczekaj chwilę. Zadarł głowę i patrzył w sufit, jakby szukał tam natchnienia. - Mam! Pomarańczowo-czosnkowa.
Chciałam się z nim trochę podroczyć, zrobiłam więc zmartwioną minę i dopiero kiedy Eryk uśmiechnął się triumfalnie, wspięłam się na palce i sięgnęłam do najwyższej półki w szafce.
- Proszę bardzo - powiedziałam, podając mu pudełeczko.
- Żartujesz - rzucił, po czym przeczytał napis na przyklejonej do niego etykietce.
Kilka miesięcy wcześniej mama kupiła ją w swoim ulubionym sklepie z herbatami. Pamiętam, że kiedy ja zobaczyłam, zrobiło mi się niedobrze.
Teraz najwyraźniej to samo przeżywał Eryk.
- Kto pije coś takiego? - zapytał z odrazą.
- Jak widzisz, do dzisiaj nikt. - Folia na opakowaniu była nienaruszona. - Wygląda na to, że będziesz pierwszy. I powiem ci szczerze, że wcale ci tego nie zazdroszczę.
- Wypiję wszystko, co mi dasz, ale proszę cię, nie każ mi pić tego świństwa.
- No, dobrze - powiedziałam z ociąganiem, po czym ściągnęłam z najwyższej półki, pierwszą paczkę, jaka nawinęła mi się pod rękę. Nie musiałam przebierać; na tę półkę trafiały tylko te herbaty, których nikt nigdy nie chciał próbować, nawet moja mama. - Jaśminowa z algami.
- Fuj! - rzucił Eryk, po czym zajrzał do szafki. Był ode mnie prawie trzydzieści centymetrów wyższy, widział więc bez problemu nazwy herbat na ostatniej półce. - Cytrynowo-pokrzywowa, sasafrasowa z wyciągiem z ośmiornicy - czytał, krzywiąc się z obrzydzeniem - rumiankowa z nasionami amarantusa… Co to jest amarantus?
- Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli chcesz spróbować…?
- Nie, proszę - rzekł, unosząc ręce w geście poddania się.
Skończyło się na tym, że oboje zdecydowaliśmy się na herbatę jabłkowo-cynamonową.

#
Ehh. ; // Masakra. Dzisiaj i jutro jest festyn, a ja jak na złość dostałam okres! :C Miałam iść w krótkich spodenkach, ale nic z tego.. Teraz wgl zastanawiam się czy na niego pójść, bo brzuch mnie boli. Co sądzicie..? ;x
  • awatar ρяιη¢єѕѕα: Co z tego, że masz okres . Jak się bawić to się bawić ! :D Zapraszam .
  • awatar Gość: świetne wpisy, pomysłowe i ciekawe :D pozdrawiam <3
  • awatar ElisabethMorano: Świetny rozdział czekam na next :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
W przedpokoju odruchowo spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie - usta spierzchnięte, pod oczami sińce, a włosy posklejane w strąki. Żadna dziewczyna nie lubi się w takim stanie pokazywać chłopakowi, nawet jeśli nie jest to jej chłopak, tylko przyjaciółki.
Ponowiłam więc próbę wysyłania Eryka do domu, ale robiłam to za mało przekonująco, albo on potraktował zbyt poważnie obietnicę, którą dał mojej matce.
Dopilnował wszystkiego, o co go poprosiła.
Najpierw uparł się, że koniecznie muszę coś zjeść. Broniłam się, jak mogłam, mówiąc, że nie jestem głodna, w końcu jednak dałam za wygraną, poszłam z nim do kuchni i zajrzałam do lodówki.
Moja mama należy do nowoczesnych kobiet, tych, co to nie zaprzątają sobie głowy gotowaniem, są za to świetne w odmrażaniu gotowych produktów. Nie można jej, broń Boże, zarzucić, że nie myśli o rodzinie. Tego dnia przed wyjściem do pracy również pomyślała i wyjęła z zamrażarki szpinakowe ravioli w sosie z czterech serów.
- Ohyda - prychnęłam, kiedy poczułam zapach parmezanu, którego nie znoszę. - Właściwie to nie jestem głodna.
Eryk najwyraźniej uznał, że kapryszę, bo podszedł i powąchał.
Roześmiałam się, widząc jego skrzywioną minę.
- Nie powtarzaj tego swojej mamie, ale też bym tego nie tknął.
Patrzył na mnie zdziwiony, kiedy wzięłam talerz i nałożyłam na niego ravioli.
- Będziesz jednak jadła? - spytał.
- Nie, zdecydowanie, nie - odparłam. - Dzisiejszy dzień był dla mnie zbyt okropny, żebym się jeszcze na koniec miała dobijać czymś takim.
- Więc po co to robisz?
Domyśliłam się, że pyta, po co nakładam jedzenie na talerz.
- Zacieram ślady - odpowiedziała. - Czy może raczej je fabrykuję - sprostowałam, wyrzucając ravioli do zlewozmywaka i włączając mielarkę resztek.
Eryk pokiwał głową ze zrozumieniem.
Ja tymczasem nałożyłam drugą porcję na kolejny talerz.
- A to po co? - zdziwił się znowu.
- Żeby mi
mama nie zarzuciła niegościnności. Pamiętaj, gdyby co, to jadłeś ze mną ravioli i było pyszne,
Zrobił niewyraźną minę.
- Żartowałam - uspokoiłam go. - Mama nie będzie cię pytać.
Kiedy już dwa talerze i sztućce zabrudzone serowym sosem leżały w zmywarce, stwierdziłam, że jestem głodna. Ostatni raz jadłam w stołówce i od tej pory minęło już tyle czasu, że nawet nie pamiętałam, co było na lancz.
- Tylko co tu teraz zjeść? - zastanawiałam się głośno, zaglądając do lodówki.
Eryk stał za mną i patrzył ponad moim ramieniem. Jakoś zupełnie nie wydało mi się dziwne, że chłopak, którego znam od niedawna, który jest w moim domu po raz pierwszy, zachowuje się jak dobry znajomy. Sama czułam się tak, jakbym była w towarzystwie starego przyjaciela.
- Widzę masło orzechowe - powiedział. - O, i jest galaretka winogronowa.
Wyjęłam oba produkty i sięgnęłam do pojemnika po pieczywo.
- W porównaniu z tym - popatrzyłam na zlewozmywak, w którego czeluściach zniknęły przed chwilą dwie porcje ravioli - to będzie prawdziwa uczta.
Ja posmarowałam pieczywo masłem orzechowym, Eryk nakładał na wierzch galaretkę i wkrótce mieliśmy już po cztery kanapki na dwóch talerzach.
  • awatar Martyna. Nails: Taką kanapkę bym zjadła :)
  • awatar Pearlita: Haha dobre z tą matką dbającą o rodzinę poprzez mrożonki, rozważę takową ewentualność w przyszłości :P :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Co do jednego mama miała rację - tak, padałam z nóg, że nie miałam nawet siły czuć, że jestem zmęczona.
Kiedy osunęłam się na przednie siedzenie obok Eryka, udało mi się tylko podać adres i od razu zasnęłam. Musiał mną potrząsnąć, gdy zajechał przed dom.
Kiedy się ocknęłam, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że siedzę w samochodzie Eryka, i przypomniałam sobie wydarzenia ostatnich kilku godzin.
Musiałam wyglądać na zdezorientowaną, może nawet przerażoną, ponieważ położył dłoń na moim ramieniu i powiedział:
- Spokojnie, Julka, wszystko w porządku. Jesteśmy już pod domem.
- Pod domem? Pod jakim domen? - Niby zdążyłam dojść do siebie, ale jeszcze bardzo wolno kojarzyłam dosyć oczywiste fakty.
- Pod twoim domem. - Zwracał się do mnie takim tonem, jakbym to ja, a nie moja siostra, przywaliła głową w mur. - Twoja mama prosiła, żebym cię odwiózł.
- Przecież wiem - powiedziałam, próbując ratować moją reputację niegłupiej dziewczyny. - Nie mogłam się kompromitować przed chłopakiem mojej przyjaciółki, więc zebrałam się w sobie i odezwałam się głosem myślącej osoby, za jaką zawsze pragnęłam uchodzić: - Dzięki.
Chciałam mu podziękować - za to że mnie nie przejechał, tam na Adamskiego, i że się zatrzymał, za to że doniósł do samochodu Monikę i dowiózł ją do szpitala, i za to że dzięki niemu zniosłam jakoś tę godzinę niepewności, kiedy nie wiedziałam, co dzieje się z moją siostrą, ale słowa mi się jakoś nie kleiły, położyłam więc rękę na klamce i słabym głosem rzuciłam:
- Dzięki za wszystko. Cześć.
Eryk, zamiast odjechać, wysiadł z samochodu.
- Nie potraktowałeś chyba poważnie tego, co mówiła moja mama - powiedziałam, widząc, że rusza za mną.
- Nie wydawało mi się, żeby żartowało - zauważył.
- Jasne, że nie, ale mną naprawdę nie trzeba się opiekować. Zrobiłeś dla mnie dzisiaj już wystarczająco dużo. Ty też na pewno jesteś zmęczony, więc jedź, proszę, do domu.
- Obiecałem twojej mamie, że przypilnuję, żebyś…
- Uwierz mi, że nie ma takiej potrzeby - powiedziałam, po czym sama dostarczyłam mu dowodu, że owszem, jest taka potrzeba: nie byłam w stanie otworzyć drzwi.
Eryk patrzył przez jakiś czas, jak się szamoczę, próbując trafić kluczem do zamka, w końcu wyjął mi go z ręki i po chwili byliśmy już w środku.

#
Oto kolejny rozdział ^.^ Komentujcie miśki <333
  • awatar Ausländer: blog opisujący życie za granicą 15-latki, zajrzyj proszę :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- A co z tatą? - zapytałam.
- Nie przejmuj się nim, powiadomię go. Zadzwonię do niego… - zerknęła na zegarek za jakieś dwie godziny. - O tej porze powinien już wylądować. - A ty jedź do domu, zjedz porządną kolację i połóż się spać. W lodówce jest…
- Mamo, nie jestem dzieckiem, poradzę sobie.
- I na wszelki wypadek łyknij aspirynę.
- Nie jestem chora.
- Wierz mi, nie wyglądasz najlepiej.
Uśmiechnęłam się nieco ironicznie i pokręciłam głową.
- A co z twoją teorią o nadopiekuńczych matkach? - Jako córka psychoterapeutki wiedziałam, oczywiście, że nadopiekuńczość matek jest równie albo bardziej zgubna dla rozwoju dziecka niż brak zainteresowania.
Odpowiedziała mi podobnym uśmiechem.
- Nie jestem już w pracy - rzekła. - Ostatni pacjent wyszedł z mojego gabinetu ponad godzinę temu. - Teraz jestem przede wszystkim matką i bardzo cię proszę, żebyś zjadła kolację i położyła się spać, a wcześniej łyknęła tę cholerną aspirynę.
Myślę, że niektórzy z pacjentów mojej mamy, słysząc, jak wykorzystuje swoją wiedzę w praktyce, przestaliby wierzyć, że jest w stanie im pomóc i nie zapłaciliby jej już nigdy więcej 50 zł za godzinę, ale, moim zdaniem, mimo wszystko popełniliby błąd. Syn jednej z jej koleżanek psychoterapeutek, mój rówieśnik, przed kilkoma miesiącami umarł po przedawkowaniu narkotyków, a córka trafiła do jakiejś sekty, dziesięcioletni dzieciak innej został wydalony ze szkoły z powodu znęcania się nad rówieśnikami, a córka jeszcze innej została przyłapana w supermarkecie na kradzieży gwoździ (do dziś zastanawiam się, do czego jej były potrzebne). Ja w wieku siedemnastu lat nie próbowałam narkotyków, a jedyny napój zawierający alkohol - dodam jeszcze, że tylko w nazwie - jaki miałam w ustach, to bezalkoholowy poncz przyrządzany przez moją babcię, nikogo jeszcze nie pobiłam i nigdy niczego nie ukradłam.
Wniosek stąd płynie prosty: Moja mama jest całkiem niezłą psychoterapeutką, a ta "cholerna aspiryna", no cóż… wszyscy czasami popełniamy błędy.
- W porządku, połknę tę "cholerną aspirynę" i położę się spać - obiecałam.
- Mógłbyś tego dopilnować?
Nie mogłam w to uwierzyć, ale rzeczywiście zwracała się z tym do Eryka.
Potem zastanawiałam się, czy poprosiłaby go o to, gdyby wiedziała, że był chłopakiem Natalii. Tego dnia po raz pierwszy i kiedy przedstawiałam go jej pospiesznie przed drzwiami Oddziału Intensywnej Terapii, powiedziałam tylko, że to kolega, który przypadkiem przejeżdżał Adamskiego i pomógł mi dostarczyć Monikę do szpitala. Nie wspomniałam, że od trzech miesięcy jest chłopakiem mojej najlepszej przyjaciółki.
- Tak, oczywiście, że przypilnuję - odparł Eryk.
Próbowałam coś powiedzieć, lecz mama nie dała mi dojść do głosu.
- Nie wiem tylko, czy nie powinieneś już wrócić do domu. Jest już dosyć późno i rodzice na pewno się o ciebie martwią.
- Zadzwonię i uprzedzę ich, że będę później. Proszę się tym nie przejmować.
Wciąż chciałam zaprotestować, powiedzieć, że poradzę sobie sama, że nikt nie musi się mną opiekować, nie zrobiłam tego jednak. Może dlatego, że nie miałam na to siły, a może dlatego, że spodobało mi się to, iż Eryk się mną zaopiekuje.
 

 
Odsunęłam się od niego, kiedy zobaczyłam matkę, biegnącą korytarzem. Jej gabinet jest na drugim końcu miasta i do dziś nie wiem, jak udało jej się dojechać do szpitala w niecałe dziesięć minut.
Wkrótce pojawiła się pielęgniarka i zaprowadziła nas na Oddział Ortopedii, gdzie została przewieziona Monika. Kiedy do niej dotarłyśmy, spała. Na nogę miała już założony gips, a na czoło opatrunek. Była wciąż jeszcze blada, ale oddychała spokojnie i z jej małej buzi zniknął wyraz cierpienia.
Kiedy lekarz pokazywał mamie zdjęcie złamanej kości i uspokajał ją, mówiąc, że nie przewiduje żadnych komplikacji, Monika przebudziła się.
- Mama - odezwała się, przecierając oczy.
Obie, mama i ja, natychmiast znalazłyśmy się przy jej łóżku.
- Widzisz, mówiłam ci, że idziemy do mamy - powiedziałam do niej przez łzy.
Jak na kogoś, kto dwie godziny temu był nieprzytomny, Monika okazała się nieoczekiwanie ożywiona i zaczęła nam opowiadać o tym, co przeżyła w szpitalu po tym, jak odzyskała przytomność. Tyle tylko, że gdybym nie wiedziała, że robiono jej tomografię mózgu i inne badania, byłabym pewna, że moją siostrę porwali przybysze z innej planety i poddawali ją jakimś niesamowitym doświadczeniom. Fox Mulder i Dana Scully z serialu "Z archiwum X" niewątpliwie zainteresowaliby się opowieścią mojej siostry.
Zwykle po pięciu minutach jej paplaniny byłam zniecierpliwiona, ale teraz patrzyłam na nią zachwycona i wiedziałam, że już nigdy nie powiem jej: "Monika, zamkniesz się wreszcie?"
I właśnie wtedy się zamknęła. Pomyślałam, że się zmęczyła. Myliłam się jednak.
Moja siostra patrzyła na Eryka, który przyszedł tu ze mną i z mamą i nie chcąc nam przeszkadzać, stał przy drzewach.
- Kto to jest? - zdziwiła się.
- To Eryk - powiedziałam. - Pomógł mi przynieść cię do mamy. - Uśmiechnęłam się do niego, po czym zwróciłam się do Moniki: - Przyznam ci się, że gdyby nie on, to nie wiem, czybym cię doniosła.
Uśmiechnęła się - do niego, nie do mnie - a on pomachał do niej.
- Cześć, Monika. Miło mi cię poznać.
- Podoba ci się mój gips? - zapytała, pokazując zawieszoną na wyciągu nogę.
- Pewnie - odparł. - Ale wiesz czego najbardziej ci zazdroszczę?
- Czego? - spytała Monika.
- Siostry. Chciałbym mieć taką siostrę jak ty.
Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, co Monika miała na ten temat do powiedzenia, ponieważ powieki zaczęły jej opadać i pół minuty później znów spała.
- Wydaje mi się, że teraz zasnęła na dłużej - rzekł lekarz. - Właściwie mogłaby pani już pójść do domu - zwrócił się do mojej matki.
- Nie, zostanę tu - oświadczyła.
Chciałam ją przekonywać, że to bez sensu, ale przypomniałam sobie, jak sześć lat wcześniej leżałam w szpitalu ze złamaną nogą i budząc się, zobaczyłam pochylającą się nade mną mamę.
- Tak, zostaniemy - powiedziałam.
Mama jednak pokręciła głową.
- Nie, ty pojedziesz do domu.
Nie udało mi się nawet otworzyć ust, żeby zaprotestować.
- Julka, musisz pojechać do domu i odpocząć.
- Nie jestem zmęczona.
- Jesteś. Jesteś tak zmęczona, że nawet nie masz siły, żeby zdać sobie z tego sprawę. Uwierz mi. - Popatrzyła na mnie wzrokiem psychoterapeutki, po czym zwróciła się do Eryka: - Nie wiem, czy mogę cię o to prosić…
Zanim skończyła, już wiedział, o co jej chodzi.
- Oczywiście, że ją zawiozę.
- Jesteś wspaniały. - To powiedziała moja mama, nie ja. Ja, nawet jeśli już wtedy tak myślałam - choć nie mogę sobie przypomnieć, czy doszłam do tego wniosku tam w szpitalu, czy następnego lub może jeszcze następnego dnia - na pewno nie wyraziłabym tego tak otwarcie.
Wiedziałam, że nie ma co się z nią spierać. I tak postawiłaby na swoim, zwłaszcza, że Eryk był po jej stronie.
- Twoja mama ma rację, Jula. Powinnaś wrócić do domu i odpocząć.
Pocałowałam więc Monikę w pachnący środkami antyseptycznymi policzek, pożegnałam się z mamą i ruszyłam do drzwi.

#
Proszę <3 Dzisiaj troszkę dłuższy rozdział, ponieważ wczoraj był króciutki : x
1 lipca dzisiaj ;33 Wakacje rozpoczęte XDDD
 

 
- Odzyskała przytomność?
- Oczywiście. Ma, niestety, złamaną nogę. Ale to już wiedziałaś, prawda?
- Tak.
Złamana noga to nic poważnego - mogę coś na ten temat powiedzieć, bo sama to zaliczyłam, kiedy przed sześcioma laty po raz pierwszy byłam na nartach - ale z tego się wychodzi. Może to zabrzmieć dziwnie, ale ucieszyłam się, że Monika ma złamaną nogę. Tylko złamaną nogę…
A może doktor postanowił przekazać mi najpierw tę dobrą wiadomość, a tę złą zostawił na później, zaniepokoiłam się.
- A głowa? - spytałam.
- Tomografia nic nie wskazała. Musimy się wprawdzie liczyć ze wstrząśnieniem mózgu, ale wszystko wskazuje na to, że twoja siostra miała dużo szczęścia.
- A ta rana na czole?
- Przecięcie łuku brwiowego. Wyglądało groźnie, ale to nic poważnego. Założyliśmy jej pięć szwów. Za kilka tygodni nie będzie po tym ani śladu.
- Więc dlaczego ona straciła przytomność?
Lekarz rozłożył ręce.
- Szok, ból…
Przypomniałam sobie wykrzywioną cierpieniem buzię Moniki.
- Wciąż ją bardzo boli? - spytałam.
Pokręcił głową.
- Dostała środki przeciwbólowe. W tej chwili zajmuje się nią ortopeda.
- Kiedy będę mogła ją zobaczyć?
Zanim zdążył odpowiedzieć, zadzwonił telefon, który trzymałam w ręce. Zapominając, że nie należy do mnie, przeprosiłam lekarza i odebrałam.
Usłyszałam głos mamy. Po wyjściu pacjenta zobaczyła, że ktoś kilka razy próbował się z nią skontaktować, i oddzwoniła.
Była przerażona tym, co jej powiedziałam. Potem, w domu, mówiła mi, że nie mogła zrozumieć, dlaczego opowiadam jej o tym tak radośnie. Dopiero kiedy wytłumaczyłam jej, że prawie przez godzinę przychodziły mi do głowy najczarniejsze myśli, przestała się dziwić.
Lekarz obiecał mi, że kiedy tylko w szpitalu zjawi się mama, będziemy mogły obie iść do Moniki, i wrócił na oddział.
Kiedy drzwi się za nim zamknęły popatrzyłam na Eryka, który stał przy mnie przez cały czas. Aż do tej chwili nie uroniłam ani jednej łzy. Teraz, kiedy wyglądało na to, że wszystko skończy się dobrze, rozpłakałam się.
Nie wiem, czy to Eryk objął mnie, czy to ja zarzuciłam mu ramiona na szyję, ale przywarliśmy do siebie i staliśmy tak bardzo długo.
Było mi dobrze przy nim i wcale nie przyszło mi do głowy, że może jest coś niewłaściwego w tym, że tulę się tak do chłopaka mojej najlepszej przyjaciółki.

#
Oto kolejny rozdział : D I co sądzicie? ^^
 

 
Chciałam się podnieść i do niej podbiec, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ona tymczasem ruszyła w moją stronę.
- Jesteś siostrą Moniki Stępień?
Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu, skinęłam więc tylko głową.
Wpatrywałam się w nią, próbując wyczytać coś z jej twarzy. Uśmiechała się.
Nie byłaby chyba taka okrutna, żeby się uśmiechać, gdyby miała mi do zakomunikowania jakąś złą wiadomość, pomyślałam i wreszcie udało mi się zadać pytanie:
- Co z nią?
- Wkrótce wyjdzie do ciebie lekarz i wszystko ci powie.
- To znaczy, że jest niedobrze.
- Nie, skądże, tylko że ja zajmuję się czymś innym. - Wskazała palcem na jakieś formularze. - Papierami - wyjaśniła. - I w związku z tym potrzebuję od ciebie kilku informacji.
Próbowałam ją jeszcze wypytywać, lecz nie usłyszałam nic poza zapewnieniami, że moja siostra jest pod dobrą opieką i wszystko będzie dobrze. Niestety, musiałam się na razie tym zadowolić i odpowiedzieć na pytania, na które potrafiłam, takie jak data urodzenia Moniki, adres zamieszkania. Z większością pytań jednak trzeba było czekać na mamę.
- Myślisz, że ona naprawdę nic nie wiedziała o tym, co z Moniką? - zwróciłam się do Eryka, kiedy zostaliśmy sami. - A może wiedziała, tylko nie chciała nic mówić?
- Julka, ona naprawdę zajmuje się tylko papierami - powiedział i znów mu uwierzyłam.
Jeszcze dwa razy dzwoniłam do matki, lecz znów odzywała się poczta głosowa. Pomyślałam, że mama i tak oddzwoni, kiedy tylko włączy komórkę i zorientuje się, że próbowałam się z nią wielokrotnie skontaktować. Dopiero po jakimś czasie do mojego umysłu dotarło, że przecież dzwonię z telefonu Eryka i matka nie będzie miała pojęcia, że to ja.
Dochodziła już ósma i wybierałam jej numer po raz kolejny, kiedy drzwi się otworzyły i z Oddziału Intensywnej Terapii wyszedł lekarz, ten sam, który przyjmował Monikę.
- Co z nią? - zawołałam, zrywając się z fotela.
- Spokojnie - powiedział, kiedy biegłam do niego. - Nie chcemy tu już dzisiaj kolejnych połamanych kończyn.
Uśmiechał się! Uśmiechał się tak, że wiedziałam, iż Monice nie grozi nic bardzo poważnego.

#
Kolejny rozdział już dzisiaj wieczorkiem ^^ Zapraszam do komentowania c;
 

 
- Julka, powinnaś chyba zadzwonić do rodziców - powiedział cicho i wcisnął mi do ręki telefon komórkowy.
- Jasne - rzuciłam i zaczęłam wybierać numer do mamy. Palce tak mi drżały, że musiałam wciskać niewłaściwe guziki, bo dwukrotnie usłyszałam: "Nie ma takiego numeru". Dopiero za trzecim razem się udało, ale włączyła się poczta głosowa.
Spojrzałam na zegarek; było piętnaście po siódmej. Rano mama mówiła mi, że o siódmej ma ostatniego pacjenta, wiedziałam więc, że przed ósmą nie włączy komórki.
Wyjaśniłam to Erykowi.
- A ojciec? - zapytał.
- Wczoraj poleciał do Rzymu, dziś wraca, i jeśli się nie mylę, to teraz przelatuje nad Atlantykiem. Jest pilotem.
- Trudno, będziesz musiała poczekać do ósmej.
- Może to i lepiej - rzuciłam, opuszczając głowę. - Nie wiem, co bym jej teraz powiedziała. Może do tego czasu dowiem się czegoś więcej. Chociaż…
Nagle przeraziłam się, czy to, czego się dowiem, nie będzie gorsze od niepewności, i znów zasłoniłam twarz rękami.
Eryk domyślił się tego, co przemilczałam. Wstał z fotela, przykucnął przede mną, odciągnął moje dłonie od twarzy i popatrzył mi w oczy.
- Będzie dobrze, Jula. Słyszysz? Będzie dobrze.
Skinęłam głową. W jego głosie było tyle przekonania, że musiałam mu uwierzyć.
Łatwość, z jaką mu wtedy uwierzyłam, powinna mnie zaalarmować. Był chłopakiem mojej przyjaciółki, ale nie znałam go zbyt dobrze. Natalia spotykała się z nim dopiero od trzech miesięcy i w tym czasie, rozmawiałam z nim tylko kilka razy. A teraz miałam wrażenie, że jest kimś, kogo znam od lat, kimś, komu ufam.
Powinnam była dostrzec w tym coś niepokojącego i pewnie bym dostrzegła, gdyby nie napięcie, z jakim czekałam na jakąś informację o stanie Moniki.
Eryk wciąż kucał przede mną i trzymał moje dłonie.
- Masz kompletnie skostniałe ręce - zauważył. - I mokre ubranie.
- Nieważne - wrzuciłam, wzruszając ramionami.
- Poczekaj tu, zaraz wrócę - powiedział i pobiegł korytarzem.
Nie zdążyłam zapytać, dokąd idzie, ponieważ otworzyły się drzwi prowadzące na Oddział Intensywnej Terapii i wyszła z nich pielęgniarka. Nie była to żadna z tych dwóch, które wcześniej zajmowały się Moniką, mimo to zerwałam się z fotela i podbiegłam do niej.
- Czy pani może wie, co jest z moją siostrą? Z Moniką Stępień. Przywieziono ją tu przed kilkoma minutami.
- Przykro mi, ale jestem z innego oddziału - odparła i poszła swoją drogą.
Gdy wracałam do foteli, zobaczyłam Eryka idącego korytarzem. Niósł dwa duże brązowe kubki, znad których unosiła się para.
Pokręciłam głową, kiedy podał mi jeden z nich.
- Nie mogłabym teraz niczego pić - powiedziałam.
- Spróbuj - poprosił. - To gorąca czekolada. Trochę cię rozgrzeje - dodał, po czym dosłownie wcisnął w moje dłonie kubek.
Pociągnęłam mały łyczek, potem następny i jeszcze jeden i sama nie wiem kiedy, ale wypiłam wszystko.
- Dzięki - rzuciłam. - Rzeczywiście zrobiło mi się cieplej.
Właśnie wrzucałam pusty kubek do kosza, kiedy drzwi, z których nie spuszczałam wzroku, otworzyły się i pojawiła się w nich niemłoda już pielęgniarka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Byłam w szoku. Niewiele pamiętam z drogi do szpitala. Tyle tylko, że siedziałam na tylnym siedzeniu samochodu Eryka i trzymając głowę siostry na kolanach, co chwilę albo sprawdzałam puls, albo nachylałam się do jej piersi, żeby się upewnić, że bije serce.
Zanim wskoczyłam do samochodu, chwyciłam jeszcze dużą garść śniegu i przyłożyłam do jej czoła, które znów zaczęło krwawić. Kiedy z piskiem opon zajechaliśmy na miejsce, śnieg zdążył się już stopić.
Wpadliśmy do szpitala - Eryk z Moniką na rękach, ja biegnąc obok niego i krzycząc:
- Moja siostra jest ranna!
Potem wszystko działo się tak jak w serialach, których akcja rozgrywa się w szpitalach. Natychmiast pojawił się lekarz, dwie pielęgniarki i zanim się obejrzałam, Monika już była wieziona długim korytarzem.
Biegnąc obok niej, tłumaczyłam pośpiesznie lekarzowi, co się stało.
Kiedy dotarliśmy do wielkich podwójnych drzwi oznaczonych tabliczką z napisem Odział Intensywnej Terapii, jedna z pielęgniarek położyła mi rękę na ramieniu i zwróciła się do mnie i Eryka:
- Poczekajcie tutaj, dobrze?
Widziałam, jak szpitalne łóżko z moją siostrą znika za drzwiami, i chciałam biec za nią.
- Muszę być z siostrą! - zawołałam.
Pielęgniarka przytrzymała mnie jednak.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała uspokajającym głosem. - Kiedy tylko będziemy coś wiedzieli, zaraz damy ci znać. Usiądź tu sobie. - Wskazała na stojące nieopodal plastikowe fotele. - A ty - popatrzyła na Eryka - przynieś jej może coś do picia.
- Jasne, zajmę się nią.
- Mną nie trzeba się zajmować - zaprotestowałam. - Ja muszę do Moniki! - krzyknęłam i już zamierzałam naprzeć na drzwi, za którymi była moja siostra, ale tym razem powstrzymał mnie Eryk.
- Ona jest już pod opieką - powiedział, trzymając mnie mocno za oba ramiona. - Teraz nie jesteś w stanie jej już pomóc. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś.
- Nie zrobiłam! Właśnie o to chodzi, że nie zrobiłam! Nie przypilnowałam jej, kiedy zjeżdżała…
- Julka… - Próbował przerwać potok moich słów, ale nie dałam mu dojść do głosu.
- Nie powinnam była w ogóle wychodzić z nią z domu!
- Przestań, nie możesz się o to winić.
- Mogę. Bo wiesz dlaczego poszłam z nią na sanki? Wiesz dlaczego?! Żeby mieć potem spokojny wieczór! Przez to, że ja chciałam mieć święty spokój, Monika…
- Julka, to nie twoja wina - powiedział Eryk, potrząsając mną lekko.
- A czyja?! - zawołałam.
Dopiero widząc wystraszone spojrzenia przechodzącej obok pary staruszków, uświadomiłam sobie, jak krzyczałam.
- Jestem okropna - odezwałam się już znacznie ciszej. - Nawet teraz, zamiast myśleć tylko o Monice, o tym, co z nią będzie, skupiam się na sobie, na swoich wyrzutach sumienia.
- Wcale nie jesteś okropna. A z twoją siostrą będzie wszystko dobrze, zobaczysz.
Poczułam się trochę lepiej, kiedy to usłyszała. Może w jego głosie było coś, co dodało mi nadziei, a może po prostu chwyciłam się tych słów, ponieważ rozpaczliwie chciałam wierzyć, że to prawda.
- Chodź, usiądziemy - zaproponował.
Poszłam za nim, opadłam ciężko na fotel i ukryłam twarz w dłoniach.
Po chwili poczułam na ramieniu jego dłoń.

#
Komentujcie kochani :33
 

 
Eryk musiał się domyślić, co mi chodzi po głowie.
- Spokojnie, Julka - powiedział.
Dopiero teraz zauważyłam, że również ukląkł przy mojej siostrze. Trzymał jej rękę powyżej nadgarstka.
- Jest puls - uspokoił mnie. - I spójrz tu.
Popatrzyłam tam, gdzie wskazywał, i zobaczyłam mały obłoczek pary unoszący się nad ustami i nosem Moniki. Odetchnęłam z ulgą.
- Nie jestem pewien, czy powinniśmy ją podnosić - odezwał się po chwili.
Wiedziałam, o co mu chodzi. Pamiętałam z kursu pierwszej pomocy, że przy urazach kręgosłupa nie można podnosić rannych bez usztywnionych noszy.
- Ja też nie jestem pewna, ale teraz to i tak nie ma już chyba większego znaczenia.
Spojrzał na mnie pytająco.
- Przyniosłam ją tu spod tamtej góry. - Odwróciłam się i wyciągnęłam rękę w stronę majaczącego w ciemności wzniesienia.
- Przyniosłaś ją tu sama?
- Dalej już nie miałam siły.
Eryk pokręcił głową. Wtedy wydawało mi się, że nie potrafił tego zrozumieć, i poczucie winy, które kiełkowało we mnie już wcześniej, teraz dotarło do każdej komórki mojego ciała.
- Musimy ją zawieźć do szpitala - powiedziałam.
- Jasne - rzucił i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, trzymał Monikę na rękach i wychodził z altany.
Nie należał do najsilniejszych chłopaków, jakich znałam. Nie grał s szkolnej drużynie bejsbolowej, nie słyszałam nigdy od Natalki, żeby zajmował się jakimś sportem, ale był silniejszy i znacznie wyższy ode mnie - co nie było czymś nadzwyczajnym przy moich mocno naciąganych stu sześćdziesięciu centymetrach wzrostu - i poruszał się tak szybko, jakby nieprzytomna Monika nie była dla niego żadnym ciężarem.
Truchtałam obok niego, cały czas dotykając jej głowy. Nie mogłam sobie wytłumaczyć tego w racjonalny sposób, ale miałam uczucie, że jeśli ani na chwilę nie stracę kontraktu z nią, to nie stanie się nic złego.
Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale potem, kiedy przypomniałam sobie te pełne napięcia chwile, nie mogłam się nadziwić, że Eryk, brnąc w śniegu z moją siostrą na ramionach, miał jeszcze siłę dodawać mi otuchy.
- Nie martw się, Julka, wszystkie będzie dobrze - powiedział, gdy dochodziliśmy do Adamskiego.
  • awatar havier35: Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny http://s1.zmniejszacz.pl/114/wspanialego_wieczoru__445887.jpg *
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Zwariowałaś?! - krzyknął kierowca, wyskoczywszy z samochodu.
Albo z powodu prószącego śniegu, albo dlatego, że wciąż jeszcze byłam oślepiona, albo ze zdenerwowania wszystko docierało do mnie z opóźnieniem, w każdym razie nie rozpoznałam go.
Nie poznałam również jego głosu. W tym jednak nie było nic dziwnego. Nigdy bowiem dotąd nie słyszałam Eryka Wasilewskiego, chłopaka mojej najlepszej przyjaciółki Natalii, tak krzyczącego.
- Masz ochotę popełnić samobójstwo, to proszę bardzo! Ale następnym razem wybierz może coś takiego, co nie narażałoby innych! Może trudno ci to sobie wyobrazić, ale są tacy, którzy mają ochotę jeszcze pożyć! - zawołał i ruszył w moją stronę.
Ja tymczasem łapałam z trudem powietrze, zastanawiając się nad tym, co by się stało, gdybym wpadła pod samochód. Nie myślałam przy tym o sobie, tylko o tym, że nikt nie wiedziałby, że Monika leży w altanie, i zanim ktoś by się o tym dowiedział, zamarzłaby na śmierć, jeśli wcześniej nie wykrwawiłaby się.
- Potrzebuję… potrzebuję… - wysapałam tak cicho, że nie mógł mnie usłyszeć.
On tymczasem zbliżył się do mnie na jakieś dziesięć metrów i stanął jak wryty.
- Julka…? - zapytał z niedowierzaniem. - Co ty tutaj robisz?
Śnieg sypał coraz mocniej.
- Potrzebuję pomocy.
- Widzę - rzucił i po chwili był już przy mnie. - Jezu, jak ty wyglądasz? Co ci się stało? Ktoś cię napadł? - Pytania, jeden po drugim, padały z jego ust niczym armatnie salwy.
- Moja siostra jest ranna, trzeba ściągnąć pogotowie. Masz komórkę?
Rozejrzał się.
- Gdzie ona jest?
- Boże, nie pytaj, tylko dzwoń po pomoc! - Mój głos dopiero teraz uzyskał pełną siłę. Musiał jednak brzmieć historycznie, ponieważ Eryk chwycił mnie za ramiona i lekko potrząsnął.
- Nie wiesz, jak długo trzeba czasami czekać na pogotowie? Jeśli weźmiemy ją do mojego samochodu, za dziesięć minut możemy być w szpitalu - powiedział. - Tylko gdzie ona jest, ta twoja siostra? - dodał takim tonem, jakby myślał, że coś sobie uroiłam.
Zupełnie się tym nie przejęłam. Jego argumentacja wydała mi się rozsądna, więc wyciągnęłam rękę w stronę parku.
Ruszył we wskazanym kierunku. Biegł tak szybko, że co chwila zostawałam z tyłu.
- Jest tam, w tej altanie! - powiedziałam, kiedy drewniana budowla w orientalnym stylu stała się widoczna.
- Co jej się właściwie stało?
- Zjeżdżała z górki na sankach i wpadła rozpędzona na mur - mówiłam, łapiąc raz po raz powietrze. - Wydaje mi się, że ma paskudnie złamaną nogę i ranę na czole, która strasznie krwawi.
Eryk, usłyszawszy to, zaczął biec jeszcze szybciej. Wydawało mi się, że za nim nie nadążę, ale potworny lęk o siostrę dodawał mi sił i do altany wpadliśmy jednocześnie.
Monika leżała tak, jak ją zostawiłam. Na jej twarzy pozostało trochę śniegu, który nie zdążył się stopić, zabarwił się tylko na różowo. Oczy miała zamknięte, nie płakała, nie jęczała, nie poruszała się.
Do głowy cisnęła mi się straszna myśl - najgorsza ze wszystkich - ale nie chcąc jej do siebie dopuścić, opadłam na kolana i zaczęłam rozpaczliwie szukać jakichś oznak życia.
- Monika, to ja, Julka. Już wróciłam.
Nie zareagowała.
- Monika! - zawołałam.
Nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku.
- Monika, nie możesz...

#
To tyle. Myślę, że wam się podoba ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Brałam ją nieraz na ręce i zawsze wydawała mi się lekka jak piórko, lecz po pokonaniu pierwszych kilkudziesięciu kroków przemknęło mi przez głowę, że albo to jej grube przemoczone ubrania tyle ważą, albo ona ostatnio nabrała ciała. Z przerażeniem pomyślałam, że mam za sobą dopiero niewielki kawałek drogi. Sprawy nie ułatwiał mi także śnieg, który miejscami sięgał do połowy łydki i padał coraz mocniej, oraz to, że musiałam iść bardzo ostrożnie, ponieważ przy każdym gwałtowniejszym ruchu Monika krzyczała z bólu.
Byłam mniej więcej w połowie drogi, słyszałam już warkot silnika i widziałam światła samochodu przejeżdżającego właśnie Adamskiego, kiedy stwierdziłam, że nie jestem już w stanie iść dalej. Wtedy zobaczyłam altanę, stojącą nieopodal. Jakimś cudem dowlokłam się do niej i położyłam Monikę na drewnianej podłodze, w miejscu, w którym była na tyle osłonięta, że nie pokrywał jej śnieg.
Moja siostra wciąż pojękiwała, ale coraz ciszej, i zdawałam sobie sprawę, że dzieje się tak nie dlatego, że ustępuje ból, ale dlatego, że traci siły. Co gorsza, rana na czole ponownie zaczęła krwawić.
Zrobiłam okład ze śniegu i tym razem również poskutkował. Już chciałam ruszyć dalej, kiedy zobaczyłam światła kolejnego samochodu jadącego Adamskiego. Wydawał się tak blisko. Gdybym nie musiała dźwigać Moniki, dobiegłabym tam w dwie, trzy minuty i przy szczęściu za pięć byłabym z powrotem.
Z jednej strony nie chciałam zostawiać siostry samej, z drugiej rozsądek podpowiadał mi, że takie rozwiązanie byłoby najbardziej sensowne. W głowie zakołotały mi słowa matki, które często powtarzała, że w krytycznych sytuacjach należy się kierować rozsądkiem, a nie emocjami.
W kilka sekund podjęłam decyzję.
Pochyliłam się nad siostrą i szepnęłam jej do ucha:
- Posłuchaj, Monika, zostawię cię teraz na kilka minut i pobiegnę po pomoc. Obiecuję, że zaraz wrócę.
Popatrzyła tylko na mnie i nic nie powiedziała.
- Nie będziesz się bała zostać tu sama?
Tym razem nie zareagowała w ogóle. Był to dla mnie sygnał, że nie mam chwili do stracenia.
Pocałowałam ją w oba poplamione krwią policzki i wybiegłam z altanki. Pędziłam najszybciej, jak mogłam. Wydawało mi się, że szybciej już się nie da.
Myliłam się, bo kiedy usłyszałam daleki warkot silnika, okazało się, że jednak mogłam. Musiałam dobiec do drogi, zanim nadjedzie ten samochód. Na następny mogłam czekać zbyt długo.
Kiedy wpadłam na Adamskiego, oślepiły mnie światła.
Usłyszałam pisk hamulców, wóz odbił gwałtownie, tak że wjechał na pas dla samochodów jadących z naprzeciwka, i jakieś dwadzieścia metrów dalej zatrzymał się.
 

 
Była urodzoną artystką, dosyć szybko odkryła, co można osiągnąć, umiejętnie wykorzystując łzy, i potrafiła płakać na zawołanie. Teraz jednak była jednym wielkim bólem. Cierpienie słychać było w jej głosie, wyzierało z oczu, wychodziło każdym porem jej drobnego ciała.
- Która? - spytałam, patrząc na jej nogi. Już wcześniej dostrzegłam, że prawą stopę ma ułożoną pod dziwnym kątem do reszty kończyny, ale moją uwagę przyciągnęła krew na twarzy.
Zaczęłam wolno przesuwać dłonią po nodze od uda w dół
- Powiesz mi, w którym miejscu, cię boli, dobrze?
Zanim zdążyłam zadać to pytanie, Monika wydała z siebie dźwięk, przypominający okrzyk zranionego zwierzątka, a ja poczułam pod palcami - jakieś dziesięć centymetrów powyżej kostki, nienaturalne zgrubienie. Natychmiast cofnęłam dłoń.
- Druga noga też cię boli?
Nie odpowiedziała; z bólu z trudem łapała oddech.
Żeby nie narażać jej na jeszcze większe cierpienia, postanowiłam tamtej już nie sprawdzać. Zresztą ta wiedza i tak do niczego nie mogła mi się przydać.
Mojej siostrze potrzebna była pomoc lekarza, a ja musiałam jak najszybciej wymyślić, w jaki sposób jej ją zapewnić.
Odruchowo sięgnęłam po komórkę, ale zanim poczułam pustą kieszeń, przypomniałam sobie, że po przyjściu ze szkoły, nawet nie wyjęłam jej z plecaka.
Wokół nie było żywego ducha. Od jakiś piętnastu minut nikogo nie widziałam, więc prawdopodobieństwo, że nagle pojawi się ktoś, kogo mogłabym poprosić o pomoc, było raczej niewielkie. Park, duma naszego miasta, jest ogromny. Do 3 Maja, ulicy, którą tu przyszłyśmy, był dobry kilometr, ale równolegle do niej, po przeciwnej stronie parku, biegła Adamskiego i droga do niej była co najmniej połowę krótsza.
Nie było się więc nad czym zastanawiać.
- Posłuchaj Monika, obejmij mnie mocno za szyję. Musimy dojść do ulicy.
- Ale mnie okropnie boli - poskarżyła się żałośnie.
- Wiem, i dlatego nie będziesz szła, tylko wezmę cię na ręce.
- Chcę do mamy - zakwikiła cichutko.
- Ja też - powiedziałam i była to szczera prawda. - I właśnie dlatego, że obie chcemy do mamy, musimy dojść do drogi.
Pokiwała głową i bez słowa sprzeciwu zarzuciła mi ręce na szyję

#
I jak wam się podoba? ;33333
DO NASTĘPNEGO *.*
 

 
Krzyczała przeraźliwie, a ja w czasie tych paru sekund, które zajęło mi pokonanie dzielących nas metrów, myślałam, że to dobrze, że krzyczy. O wiele bardziej przerażałoby mnie jej milczenie.
Leżała na boku, w nienaturalnie wykrzywionej pozycji; obie dłonie przyciskała do twarzy.
- Monika, powiedz mi, co cię boli? - spytałam, opadając przy niej na kolana.
Było już całkiem ciemno, a najbliższa z latarni ustawionych wzdłuż parkowych alejek stała na tyle daleko, że dawała tylko nikłe światło. Wystarczyło jednak, by zobaczyć, że spomiędzy palców mojej siostry, które cały czas trzymała na twarzy, wycieka krew.
- To boli, okropnie boli - wyjęczała, kiedy spróbowałam ująć je lekko i oderwać je od buzi, i przycisnęła je jeszcze mocniej.
- Wiem - powiedziałam. - Ale muszę to zrobić. Muszę zobaczyć, co ci się stało. Obiecuję, że postaram się to zrobić najdelikatniej, jak potrafię.
W poprzednim roku szkolnym chodziłam na kurs pierwszej pomocy; teraz uświadomiłam sobie, że wyleciało mi z głowy wszystko, czego się na nim nauczyłam.
W końcu z trudem udało mi się odsłonić jej twarz i natychmiast pożałowałam, że to zrobiłam. Miała całą buzię zalaną krwią. Krew, zmieszana ze łzami, spływała po jej jasnych włosach i wsiąkała w krew, na którym po chwili utworzyła się plama.
Drżącymi palcami wydobyłam z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i zaczęłam wycierać twarz siostry, żeby zlokalizować miejsce rany. Nie wiedziałam, czy jest jedna, czy więcej.
Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam, że z oczami wszystko jest w porządku. Nie dostrzegłam żadnych skaleczeń na brodzie, nosie i policzkach. Dopiero kiedy dotknęłam czoła, Monika przeraźliwie krzyknęła.
- Przepraszam, wiem, że to boli, ale naprawdę muszę to zrobić - powiedziałam, głaskając ją po głowie.
Plama na śniegu była coraz większa. Musiałam szybko zadecydować, co robić. Zostały mi już tylko dwie chusteczki i nic poza tym. Nic poza mnóstwem śniegu. Chwyciłam pełną garść i przyłożyłam do czoła Moniki.
Podziałało szybciej, niż się tego spodziewałam. Krew przestała cieknąć tak obficie , mimo to moja siostra wciąż jęczała z bólu.
- Boli cię główka? - spytałam.
- Tak, ale noga jeszcze bardziej - odparła, łkając.
 

 
Park zupełnie opustoszał. Ci nieliczni spacerowicze, których widziałam, kiedy tu dotarłyśmy, dawno już poszli do ciepłych domów, a ja marzyłam tylko o tym, żeby jak najprędzej znaleźć się w swoim pokoju.
Podczas gdy Monika zjeżdżała z górki, stałam, przytupując i na zmianę to zerkając na zegarek, to chuchając w dłonie. Przypilnowałam, żeby siostra była odpowiednio ubrana, ale zupełnie nie pomyślałam o swoim stroju. Na nogach miałam sportowe buty sięgające tylko do kostki i nie przyszło mi do głowy, by wziąć rękawiczki, czapkę i szalik.
Chwilę wcześniej zaproponowałam siostrze, że będę jej wciągać na górę sanki, nie oszukując się przy tym, że robię to z altruistycznych pobudek. Chciałam się po prostu trochę rozgrzać. Monika zrezygnowała, niestety, z mojej pomocy rzucając swoje:
- Ja sama.
- W porządku! - zawołałam za nią, chuchając na skostniałe z zimna dłonie. - Monika, zostało ci jeszcze tylko pięć minut!
Nie uwierzyła mi na słowo, zostawiła sanki i przybiegła do mnie, żeby przekonać się o tym na własne oczy.
- Zobacz - powiedziałam, podsuwając jej pod nos zegarek.
Widziałam po jej buzi, że zastanawia się, czy uda jej się wytargować dodatkowych kilka minut, ale zmierzyłam ją takim wzrokiem, że nawet nie próbowała.
- To zjadę jeszcze z tej dużej górki - oznajmiła i po chwili ciągnęła już sanki w stronę większego wzniesienia.
- Ale tylko raz! - krzyknęłam, podążając za nią wolnym krokiem. Stopy tak mi przemarzły, że straciłam czucie w palcach.
- Tylko raz! - Była już tak daleko, że ledwie usłyszałam jej odpowiedź.
Kiedy, brnąc w śniegu, dotarłam do wzniesienia, Monika wspięła się już na samą górę. Oceniłam wzrokiem wysokość i poczułam lekki niepokój - wydała mi się trochę za duża, jak na sześcioletniego dzieciaka - ale strach ogarnął mnie dopiero wtedy, gdy ujrzałam ceglany, wysoki na ponad metr murek, zasłaniający pojemniki na śmieci, który stał przy parkowej alejce, nie dalej niż dziesięć metrów od podnóża wzniesienia.
- Uważaj na ten murek! - wrzasnęłam ile sił w płucach. - Zjeżdżaj w moją stronę!
Ale mnie nie słyszała; zanim zdążyłam zamknąć usta, siedziała na sankach, a po chwili zjeżdżała w dół. I to nie w moją stronę…
Zamarłam z przerażenia, ale sekundę później ruszyłam biegiem w stronę murku. Kątem oka widziałam, jak sanki nabierają prędkości. Monika była już w połowie wzniesienia, a ja miałam jeszcze do pokonania co najmniej trzydzieści metrów. Słyszałam jej radosny okrzyk. Nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa; nie wiedziała, że nie uda jej się wyhamować.
Dla mnie było to jasne jak słońce.
- Monika, uważaj! - chciałam zawołać, lecz z moich ust wydobył się tylko zdławiony h
jęk. Zresztą nawet gdyby mnie usłyszała, i tak nie mogłaby już nic zrobić.
Ale ja mogłam. Mogłam stanąć na jej drodze i uchronić ją przed zderzeniem z ceglanym murem. I prawdopodobnie udałoby się, gdybym się nie przewróciła, zahaczywszy nogą o leżącą na ziemi, zakrytą śniegiem gałąź.
Podniosłam się natychmiast. Było już jednak za późno. Zanim zdążyłam zetrzeć z twarzy śnieg i cokolwiek zobaczyć, usłyszałam jednocześnie krzyk mojej siostry, trzask łamanego drewna i jeszcze inny dźwięk, nie tak głodny jak te dwa pozostałe, ale budzący znacznie większą grozę.
Zdałam sobie sprawę, że nie stało się to, na co miałam nadzieję - Monika nie spadła z sanek ani też nie udało jej się z nich zeskoczyć, zanim z impetem wpadły na twardą przeszkodę. Ten trzeci dźwięk to był odgłos uderzenia jej ciała o mur.

#
Kolejny rozdział już jutro C:
Komentujcie <333
 

 
Mama miała wrócić dopiero po dziewiątej, a ojciec koło północy, na mnie spadał więc obowiązek zajmowania się Moniką. Pół godziny na sankach za święty spokój przez resztę wieczoru - czułam, że ubiłam świetny interes.
Żeby szybciej mieć za sobą tę pierwszą część, przyspieszyłam kroku i po pięciu minutach byłyśmy w domu. Znalazłam w szafie w pokoju siostry ubrania, które bardziej nadawały się na wyprawę na sanki niż to, co miała na sobie.
- Przebierz się - poleciłam jej. - Ja tymczasem pójdę poszukać w piwnicy sanek.
- A podwieczorek?
- Zjesz, jak wrócimy.
- Jestem głodna - oznajmiła, a ja zdusiłam zniecierpliwione westchnienie w obawie, że usłyszę potem od matki, jak to głodzę młodszą siostrę.
Monika na szczęście zadowoliła się jogurtem i kilkoma biszkoptami i kwadrans później wyszłyśmy z domu.
Spojrzałam na zegarek i pomyślałam z radością, że pięć po szóstej będę miała upragniony spokój. Dopiero kiedy dotarłyśmy do pierwszego skrzyżowania i skręciłam w lewo, okazało się, że się myliłam.
- Nie w tę stronę! - krzyknęła Monika, którą ciągnęłam na sankach.
Uznałam, że nie będę się jej sprzeciwiać; skoro miałam ją i tak przez pół godziny wozić na sankach, było mi zupełnie obojętne, czy pójdę w prawo, lewo, czy przed siebie. Odwróciłam się i chciałam ruszyć w przeciwnym kierunku, ale zobaczyłam, że chodnik po przeciwnej stronie skrzyżowania jest odświeżony.
- Nie, Monika, tam będzie mi trudno ciągnąć sanki.
- Ale do parku idzie się tamtędy.
W jednej sekundzie przejrzałam jej plan. Kiedy wychodziłam z domu, przemknęło mi przez głowę, że to dziwne, iż Monika nie domaga się, bym pokazała jej na zegarku, kiedy upłynie jej pół godziny. Zawsze tak robiła i powinnam była się domyślić, że odliczanie czasu wcale się jeszcze nie zaczęło. Zamierzała je rozpocząć, gdy znajdziemy się w parku.
- Mowy nie ma - zaprotestowałam ostro. - Do parku jest tak daleko, że Kiedy tam dotrzemy, minie twoje pół godziny.
- Z tatą zawsze tam chodziłam na sanki.
- Z tatą możesz sobie chodzić, ale ze mną nie - odpaliłam. - W każdym razie nie dzisiaj.
- Dlaczego nie?
- Bo nie. - Już słyszałam słowa matki: "Nie, bo nie" nie jest odpowiedzią, którą ktokolwiek może zaakceptować, również małe dziecko. Moja mama jest psychoterapeutką; nie pracuje wprawdzie z dziećmi, ale często powtarza, że gdyby dzieci były w domach właściwie traktowane, co najmniej połowa psychoterapeutów musiałaby, z braku pacjentów, zmienić zawód.
Może to i prawda, pomyślałam, ale niemożliwe, żeby jedno "Nie, bo nie" do tego stopnia wpłynęło na osobowość mojej siostry, że musiałaby w przyszłości korzystać z pomocy psychologa. A nawet jeśli, to w końcu nie taka wielka tragedia.
- Ale dlaczego nie?
- Bo nie.
- Ale dlaczego?
Stałam tam, przy skrzyżowaniu, i rozważałam, co mi się bardziej opłaca: powtarzać w nieskończoność "Nie, bo nie", wymyślać kolejne argumenty, na które ona znajdzie, oczywiście, kontrargumenty, czy po prostu pójść z nią do tego cholernego parku.
Po rozważeniu wszystkich za i przeciw doszłam do wniosku, że jeśli tego wieczoru chcę mieć choć chwilę czasu dla siebie, muszę wybrać tę trzecią drogę.

#
Bardzo dziękuję wszystkim za wspaniałe komentarze, których z dnia na dzień jest coraz więcej : ))) Dziękuję też że czytacie te opowiadanie ^^ Z każdym rozdziałem akcja będzie coraz bardziej ciekawsza ;3
 

 
Proszę, Julka, proszę, proszę, proszę…
Słuchałam tego już od pięciu minut, od chwili, kiedy wyprowadziłam siostrę ze szkoły baletowej i zobaczyła, że spadł śnieg - pierwszy tego roku.
- Powiedziałam ci już, że ten śnieg jest za świeży, nie nadaje się do jeżdżenia na sankach - tłumaczyłam jej po raz kolejny, powoli tracąc cierpliwość. - Poza tym jest jeszcze go za mało.
- Nieprawda! - zaprotestowała i żeby udowodnić, że to ona ma rację, wyrwała dłoń z mojej ręki i zbiegła z chodnika na trawnik pokryty grubą białą czapą.
Śnieg sięgał jej do połowy łydki i wciąż prószył. Straciłam jeden argument, ale jeszcze nie dawałam za wygraną.
- Mama prosiła, żebym prosto ze szkoły przyprowadziła cię do domu. Nic nie wspominała o żadnych sankach.
- Bo przecież nie wiedziała, że będzie padać.
Nie bądź taką mądralą, chciałam jej powiedzieć, ale wiedziałam, że od razu poszłaby z tym do matki, a ta palnęłaby mi wykład o tym, że sześcioletnie dziecko jest takim samym człowiekiem jak każdy inny - czasami miałam wątpliwości, czy w ogóle jest człowiekiem - i nie można traktować z lekceważeniem.
- Zapytany mamy i jeśli pozwoli, to pójdziemy jutro - powiedziałam.
- Do jutra śnieg może stopnieć.
Już chciałam ją zapewnić, że nie, skądże, będzie go jeszcze więcej, lecz pomyślałam, że może mieć rację. Z pierwszym śniegiem często tak bywa - prószy tak, że wszystko wokół jest białe, a kiedy się człowiek budzi nazajutrz, nie ma po nim ani śladu, a na następny trzeba czekać nieraz kilka tygodni.
- Proszę, Julka, proszę, proszę… - Szarpiąc mnie za rękaw, zaczęła znów powtarzać swoją śpiewkę.
- Dobrze, ale tylko na pół godziny - zgodziłam się dla świętego spokoju. - I potem będziesz się bawić w swoim pokoju, a mnie dasz się zająć własnymi sprawami - dodałam.
 

 
- Myślisz, że po tym, co było, coś mogłoby ją zniszczyć? Coś poza tym, że podałabyś do publicznej wiadomości, że jem psie herbatniki?
- Chyba nie. Mimo to wolałabym nie ryzykować.
- Jezu - westchnęła ze zniecierpliwieniem Laura. - Nie uważasz, że to, co teraz robimy, jest zwykłym biciem piany. Masz tę książkę na dysku? - spytała, wskazując komputer.
- Tak, ale mam również wydruk.
- To na co ty czekasz? Dawaj mi ją, i to już!
Oliwia podeszła do regału i wyjęła z wielkiego stosu czerwoną teczkę. Już chciała ją podać przyjaciółce, ale powstrzymała się i z powrotem położyła ją na półce.
- Nie będziesz chyba tego teraz czytać?
- Pewnie, że będę.
- Laura, za godzinę z kawałkiem mamy być na imprezie. - Oliwia przyjrzała się jej twarzy. - A ty… nie obraź się, ale nie wyglądasz najlepiej.
- Co jest ze mną nie tak? - Laura zdążyła już zapomnieć o rozmazanych powiekach, a kiedy przyjaciółka przypomniała jej o tym, wskazując na oczy, lekceważąco machnęła ręką. - Ach, czepiasz się - rzuciła.
Podeszła do regału, wzięła czerwoną teczkę, niedbałym ruchem zrzuciła z łóżka na podłogę ubrania, które wcześniej starannie przygotowała na dzisiejszy wieczór, i usadowiła się wygodnie.
- Na takich imprezach przez pierwsze dwie godziny i tak zawsze jest nudno, więc nic nie stracimy - powiedziała, otwierając teczkę.

Oliwia Frontczak
Proponowane tytuły:
1. "Nigdy nie mów nigdy"
( Wydaje mi się najlepszy, ale raczej nie można go użyć. Sprawdziłam w i Internecie i dowiedziałam się, że po pierwsze, tak się nazywał któryś z Bondów, a po drugie jest już taka książka. Napisała ją niejaka Jackie Stevens).
2. "Trzeba zabić tę miłość"
(Grafonański, brzmi trochę, jak tytuł brazylijskiego serialu).
3. "Trudny wybór"
(Chyba bardziej by się nadawał na nazwę talk-show).
4. "Ich troje"
(Banalny)

Poza tym pierwszym nie jestem zachwycona żadnym z tych tytułów. A propos, nienawidzę tej Jackie Stevens za to, że mi go ukradła.


#
I jak wam się podoba? ;3 Te opowiadanie jest z książki 'O jedną za dużo'. Bardzo mi się spodobała ta książka, ponieważ opowiada o problemach, które mogą się przytrafić każdemu. Mam nadzieję, że ktoś to czyta, a jeśli nie to trudno Jest tylko taki szczegół, że zmieniłam imiona na polskie, bo angielskie jakoś nie bardzo mi się spodobały xDD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie wie rzeczy najważniejszej : o czym jest książka. Mógł to być kryminał, powieść sensacyjna albo s.f. Ale równie dobrze Oliwia mogła opisać jakąś prawdziwą historię, nadając jej formę fikcji literackiej.
Kolejne pytanie nasunęło się samo:
- Czy ja jestem w twojej książce?
Oliwia przytaknęła.
- Napisałaś o mnie książkę?! - Laura nie mogła w to uwierzyć.
- Niezupełnie o tobie - odparła jej przyjaciółka prawie szeptem.
- O nas? To znaczy o tobie i o mnie…?
Oliwia potwierdziła nieznacznym ruchem głowy.
- I o Kamilu - dokończyła Oliwia. - I co w niej jest takiego, że mogłabym się obrazić? Napisałaś o mnie jakieś okropne rzeczy? Że jestem wredna albo głupia, albo brzydka?
- Coś ty! Nic z tych rzeczy.
- Nie napisałaś chyba, że jem psie herbatniki, kiedy jestem zdenerwowana. Powiedz mi, że tego nie zrobiłaś.
Oliwia uśmiechnęła się.
- Nie, ale jeśli mam być szczera, to muszę przyznać, że miałam na to ochotę, i to wielką.
- Twoje szczęście, że się powstrzymałaś. Nie zniosłabym, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że Laura Nowińska z Katowic je psie herbatniki. Czegoś takiego nie wybaczyłabym ci nigdy.
Twarz Oliwii rozpogodziła się.
- Nie nazywasz się Laura Nowińska, tylko Natalia Łukasiuk. Pozmieniałam wszystkie imiona i nazwiska.
- Hmm… Natalia może być, ale Łukasiuk…? Wolałabym chyba Gródecka… Albo nie! Banaszek! Natalia Banaszek… Brzmi nieźle, prawda?
Sebastian, chłopak Laury, którego poznała pierwszego dnia pobytu na campusie, nazywał się Banaszek.
- Wtedy, kiedy to pisałam, ani ty, ani ja nie wiedziałyśmy jeszcze, że ktoś taki jak Sebastian Banaszek w ogóle istnieje. Poza tym nie jestem pewna, czy Natalia Banaszek rzeczywiście tak dobrze brzmi. W każdym razem na pewno gorzej niż Laura Banaszek.
Laura rozpromieniła się, ale po chwili przywołała na twarz wyraz udawanej srogości.
- Dobra, dobra, nie zbaczaj z tematu. Skoro nie napisałaś, że jestem wstrętna, głupia i brzydka, ani że jem psie herbatniki, to, na miłość boską, co tam takiego jest w tej twojej książce? Nakłamałaś w niej?
- Nie. - Oliwia zastanawiała się przez chwilę, a potem powtórzyła pewniejszym już głosem: - Nie. Ale niektóre rzeczy mogłam odbierać inaczej niż ty. Ja sama z perspektywy czasu widzę je trochę inaczej. Laura, pisałam o uczuciach, moich, twoich i Kamila. Niektórzy nie lubią, jak się rozgrzebuje takie sprawy. I chcę, żebyś wiedziała jedno. Jeśli tylko będziesz miała jakieś zastrzeżenia, jakiekolwiek, nie podpiszę żadnej umowy i nikt nigdy tej książki nie przeczyta.
- Żartujesz!
- Nie, mówię zupełnie poważnie. Nie zrobiłabym czegoś, co mogłoby zniszczyć naszą przyjaźń.
 

 
- Nie wiem, czy się ukaże - powiedziała Oliwia.
- Przecież ta cała… - Laura zerknęła na list i przeczytała nazwisko redaktorki - Hanna Błasiak pisze wyraźnie, że chcą z tobą podpisać umowę. - Nie powiesz mi chyba, że dalej uważasz ten za jakiś głupi kawał.
- Nie, nie o to mi chodzi.
- No to o co? Boisz się, że tamci w wydawnictwie się rozmyślą? To są chyba poważni ludzie i wydaje mi się, że skoro proponują ci podpisanie umowy, to raczej nie po to, żeby w ostatniej chwili się wycofać.
- Pewnie masz rację - odparła Oliwia.
Laura dopiero teraz zorientowała się, że przyjaciółka omija ją wzrokiem, a z jej twarzy na dobre znikły ślady radości.
- Więc w czym widzisz problem? - zapytała, nie kryjąc irytacji.
Wiedziała, że są ludzie, którzy we wszystkim, co spotyka ich w życiu, doszukują się ciemnych stron. Wygra taki na loterii milion dolarów i nie może spać po nocach, bo musi zapłacić podatek. Albo wybiera się na swoje wymarzone wakacje i myśli tylko o tym, że samoloty czasami spadają, a ostatnio nie było żadnej wielkiej katastrofy lotniczej, więc z rachunku prawdopodobieństwa wynika… I tak dalej, i tak dalej. Tacy ludzie po prostu nie potrafią się cieszyć. Laura nigdy nie pomyślała, że właśnie taka jest jej najlepsza przyjaciółka. Teraz przemknęło jej to przez głowę, ale kiedy przyjrzała jej się uważnie, zrozumiała, że za zachowaniem Oliwii kryje się coś innego niż patologiczny pesymizm.
- Powiedz mi, proszę - odezwała się już znacznie łagodniej - o co tak naprawdę chodzi.
- O to, że nie jestem pewna, czy chcę, żeby ta książka ukazała się w druku.
- To po co wysyłałaś ją do wydawnictwa?
Oliwia wreszcie znów się uśmiechnęła. Nie był to wprawdzie uśmiech, którym mogłaby kogokolwiek zarazić, ale zawsze to lepsze niż ponura mina.
- To było przed rokiem. Poza tym nie wierzyłam, że zaproponują mi wydanie jej.
- Musiałaś mieć nadzieję - nie dawała za wygraną Laura. - Inaczej byś jej nie wysłała.
Jej przyjaciółka wzruszyła ramionami, a ona uświadomiła sobie, że problem tego, czy Oliwia, wysyłając swój tekst, miała nadzieję, że zostanie wydany, czy nie, nie jest najważniejszy.
O wiele istotniejsza była odpowiedź na pytanie, dlaczego teraz się waha, czy powinien zostać opublikowany.
- W porządku - rzuciła. - Nieważne, co myślałaś rok temu. Powiedz mi tylko, dlaczego teraz nie chcesz, żeby ją wydali.
- Bo… bo…
- No, wyduś to z siebie wreszcie - Laura ponagliła przyjaciółkę.
- Bo obawiam się, że mogłabym kogoś urazić. - Laura przestała uciekać przed nią wzrokiem i po raz pierwszy od dłuższego czasu popatrzyła jej w oczy.
Laura znała ją zbyt długo, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości.
- Mnie?! - Zaskoczona, podniosła głos prawie do krzyku, ale natychmiast się opanowała i dodała już znacznie ciszej: - Boisz się, że mnie urazisz? Czym?
 

 
- Jeśli to dowcip, to jedyną osobą która mogłaby ci go zrobić, jest chyba twoja matka.
- Masz rację - przyznała Oliwia. Jej twarz znów promieniała szczęściem. - Nie, nigdy nie zrobiłaby mi czegoś tak głupiego - powiedziała, kiwając głową. - Poza tym… - przerwała i dopiero po chwili dokończyła niepewnym głosem - ona o niczym nie wiedziała.
- O czym nie wiedziała? - Coś w zachowaniu przyjaciółki wzbudziło czujność Laury, powtórzyła więc pytanie: - O czym nie wiedziała twoja matka.
- O tym - odparła cicho Oliwia, podsuwając jej kartkę.
Laura najpierw zwróciła uwagę na nagłówek firmowego papieru, widniała bowiem na na nim nazwa jednego z najbardziej popularnych wydawnictw w Warszawie. Potem zaczęła czytać.

Droga Oliwio,
Jestem od kilku dni redaktorką w Dziale Beletrystyki dla Młodzieży i dopiero od paru dni głowa zaczyna mi wystawać ponad górę maszynopisów, które zostawiła mi do przejrzenia i oceny moja poprzedniczka. Przed tygodniem przeczytałam tekst przesłany przez Ciebie. Wydał mi się godny uwagi. Dla pewności dałam go jeszcze do przejrzenia swojemu przełożonemu, a ten w pełni podzielił moje zdanie, że napisana przez Ciebie minipowieść zasługuje na to, żeby ją wydać.
Przed chwilą spojrzałam na list, który dołączyłaś do wydruku, i z pewnym niepokojem stwierdziłam, że od czasu, kiedy został do nas przesłany, minął prawie rok. Mimo to, mając nadzieję, że nie jesteś jeszcze związana z innym wydawnictwem, proszę o e-mail lub kontakt telefoniczny pod podanym niżej numerem w sprawie ustalenia warunków umowy oraz omówienia ewentualnych poprawek w tekście.
Pozdrawiam
Hanna Błasiak

Laura podniosła wzrok znad kartki i spojrzała na przyjaciółkę.
- Napisałaś książkę? - zapytała z niedowierzaniem.
Oliwia z ociąganiem skinęła głową. Minę miała przy tym taką, jakby się przyznawała do popełnienia przestępstwa, za które dożywocie jest i tak bardzo łagodnym wymiarem kary.
Laura już miała na końcu języka "I nic mi o tym nie powiedziałaś?", ale się powstrzymała. Przyjdzie jeszcze czas na wyrzuty. Na razie była pora na coś zupełnie innego. Przepełniła ją taka radość, jakby tego samego dnia wygrała milion na loterii, dostała w prezencie firebrida - choć szczerze mówiąc nie rozumiała zachwytu chłopaków nad tymi ryczącymi maszynami, ona osobiście wolałaby czerwonego volkswagena garbusa - a na dodatek Keanu Reeves poprosił ją o rękę. Co do tego ostatniego też miała pewne zastrzeżenia - gdyby to od niej zależało, zamieniłaby Keanu Reeves na swojego chłopaka Sebastiana. Ale bez wchodzenia w szczegóły, radość była mniej więcej taka.
I fakt, że to nie ona napisała książkę, którą zamierzało wydać jedno z większych wydawnictw, tylko Oliwia, wcale nie tłumił tego poczucia nieopisanego szczęścia, które wzbierało w niej coraz bardziej, aż wreszcie znalazło ujście w donośnym okrzyku:
- Hura! Jestem przyjaciółką znanej pisarki.
- Przestań - odezwała się speszona Oliwia. - Nie jestem żadną pisarką.
- Jak to nie jesteś? Przecież napisałaś tę książkę.
- Owszem, napisałam, ale to jeszcze nie czyni ze mnie pisarki, a już na pewno nie znanej pisarki. Wiesz, ilu ludzi w Warszawie napisało książki? Co drugi uczestnik kursów kreatywnego pisarstwa płodzi jakieś wypociny.
- Być może, tylko że tych wypocin nikt nie chce wydawać, a twoja książka ukaże się w druku.
- Nie wiem, czy się ukaże - powiedziała Oliwia.
 

 
Laura znała ją od wieków. Obie pochodziły z Katowic, razem chodziły do podstawówki i liceum, a potem dostały się do tego samego colleg'u i zamieszkały w jednym pokoju. Były najlepszymi przyjaciółkami, a ich przyjaźń nie zachwiała nawet pewna historia sprzed półtora roku, historia z rodzaju tych, po których większość dziewcząt nigdy więcej nie odezwałaby się do siebie ani słowem. One tymczasem wciąż były sobie bliskie, może nawet bliższe niż kiedyś, zanim wydarzyło się to, o czym dzisiaj w ogóle już nie mówiły, a jeśli im się to przytrafiło, to tylko ze śmiechem.
Znała przyjaciółkę jak własną kieszeń, a może nawet lepiej. Oliwia nie należała do ludzi przesadnie okazujących emocje; szczerze mówiąc, była jedną z bardziej powściągliwych osób, jakie Laurze udało się spotkać.
- Ja chyba śnię! - Euforia w głosie Oliwii graniczyła z egzaltacją.
Laura jeszcze raz smętnie spojrzała w lustro i wyszła z łazienki, żeby się dowiedzieć, co tak poruszyło jej przyjaciółkę.
Oliwia stała przy biurku, odwrócona do niej plecami. Na podłodze, u jej stóp, leżały dwie rozerwane koperty - jedna większa, szara, druga biała. Dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że nie jest w pokoju sama.
Odwróciła się, zerknęła nieprzytomnym spojrzeniem na przyjaciółkę, która zatrzymała się w progu, a potem pełnym niedowierzania wzrokiem wpatrywała się w trzymaną w ręku kartkę.
Podniecenie, które Laura przed chwilą słyszała w jej uniesionym głosie, teraz malowało się na twarzy Oliwii.
Laura odetchnęła z ulgą. Nie miała pojęcia, o co chodzi, ale jednego mogła być pewna - jej przyjaciółce nie przytrafiło się nic złego. Ludzie, których spotyka jakieś nieszczęście, nie uśmiechają się w ten sposób, a ich oczy nie promienieją taką radością. Tak zachowuje się ktoś, kto właśnie się dowiedział, że wygrał milion na loterii, chłopak, który dostał na osiemnaste urodziny swojego wymarzonego firebrida albo dziewczyna, którą poprosił o rękę Keanu Reeves we własnej osobie.
- Powiedz mi, że to nie żart - odezwała się Oliwia, na chwilę unosząc wzrok.
- Mogłabyś być trochę bardziej precyzyjna?
- To. - Ruchem głowy wskazała na kartkę. - Naprawdę dali ci to na portierni?
Laura dopiero po dłuższej chwili domyśliła się, że chodzi o kopertę, którą przyniosła do pokoju, wracając z popołudniowych zajęć. Rozpoznała na niej charakter pisma matki Oliwii. W ciągu ostatniego miesiąca, to znaczy od kiedy poszły do college'u i zamieszkały na terenie campusu, już kilka razy przychodziły takie koperty. Pani Frontczak przysyłała w nich adresowaną na córkę korespondencję.
- A niby skąd miałabym ją wziąć? - rzuciła Laura, wzruszając ramionami.
- Czy ja wiem? Może ktoś zrobił mi głupi dowcip…? - Uśmiech znikł z twarzy Oliwii, a oczy trochę przygasły.
Laura podeszła do biurka, schyliła się i podniosła kopertę. Zanim pokazała ją przyjaciółce, popatrzyła na adres. Nie miała żadnych wątpliwości, że wyszedł spod ręki pani Frontczak. Nigdy nie mogła się nadziwić, że można pisać z takimi zakrętasami.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Szesnaście miesięcy później

Nie! To niemożliwe! To po prostu niemożliwe!
Laura, słysząc okrzyki swojej współkokatorki, podskoczyła na krześle.
- Cholera! - zaklęła, kiedy zobaczyła w lustrze, że ten nieopatrzny ruch zniszczył jej dzieło. Pięć minut mozolnego wysiłku, który miał sprawić, że jej rzęsy będą jedwabiście czarne i dłuższe niż w rzeczywistości, a jednocześnie nieposklejane, i wszystko marne!
Pospiesznie chwyciła wacik, zwilżyła go lekko i zaczęła ostrożnie wycierać górną powiekę prawego oka, próbując ratować, co się da.
Jej zabiegi odniosły wręcz odwrotny skutek; nie dość, że nie udało jej się usunąć z powieki tuszu, to zrujnowała swoje wcześniej wykonane arcydzieło, z którego była tak dumna. Rzadko się malowała, ale dzisiejszy dzień był szczególny - pierwsza impreza w colleg'u. Takie wyjście wymagało zdecydowanie czegoś więcej niż błyszczyka, w biegu nałożonego na usta. Nigdy nie używała cieni, lecz na tę okazję kupiła sobie cały zestaw i spędziła ponad kwadrans na malowaniu powiek. Choć użyła kilku odcieni - od jasnej metalicznej szarości po ciemny grafit - o dziwo, wcale nie wyglądała na dziewczynę, która, przywracając się, upadła twarzą na pudełko z kosmetykami.
Całkiem nieźle jak na pierwszy raz, pomyślała, oceniając rezultat, po czyn sięgnęła po tusz, przekonana, że po czymś takim pomalowanie rzęs będzie małym piwem. A tu proszę.
Jeszcze raz spojrzała na swoje zrujnowane dzieło, i już otwierała usta, żeby znów zakląć, tym razem znacznie bardziej niecenzuralnie, lecz zdusiła w ustach przekleństwo.
Oderwała wzrok od swojego żałosnego odbicia w lustrze i odwróciła się.
Z pokoju dobiegał podniesiony głos jej przyjaciółki i współlokatorki w jednej osobie:
- O Boże, to nie może być prawda! Nie wierzę, po prostu nie wierzę!
  • awatar Elverisone: Ojej i arcydzieło poszło się "walić" :D No nieźle :D <3 Świetny blog, życzę weny i biorę się za rozdział drugi :D
  • awatar Kakalola: Powodzenia
  • awatar Boska2000: powodzenia w pisaniu oby nie zabrakło ci weny twórczej
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›